Umierające miasta

Kilka lat temu, w Kielcach, radni wpadli na genialny pomysł. Postanowiono zamknąć dla ruchu kołowego centrum miasta. Zamknięto ulice Małą, Dużą, Sienkiewicza, Leśną, przejazd przez Paderewskiego oraz Czarnowską. W efekcie mieszkańcy uzyskali spokój. Ale wraz ze spokojem pojawił się kompletny upadek.

Dziś centralne ulice Kielc umarły. Nie ma tam nie tylko pojazdów, którym wjazdu zabroniły lokalne władze, ale także jakiegokolwiek życia. Dawniej, tętniąca handlem ulica Sienkiewicza zamieniła się w ulicę zombie. Pusto, bez ludzi, bez handlu, bez żadnych lokali. Zostały pojedyncze placówki bankowe i jakieś tymczasowe punkty z kebabem, które tak szybko jak się otwierają tak i znikają. Życie w centrum umarło. Zresztą symptomy upadku było widać już w rok po całkowicie bezpodstawnym zamknięciu ulic dla pojazdów. Przedsiębiorcy, którzy od lat prowadzili interesy w centrum, zaczęli narzekać na drastyczne spadki w przychodach. Co z tego, że oni, jako właściciele lokali, mogli dowieźć towar do swoich sklepów, skoro klienci nie mogli przyjechać samochodami aby dokonać zakupów? W efekcie już w drugim roku zamkniętego centrum większość lokali, które jeszcze niedawno tętniły życiem, było zamkniętych. Na drzwiach całymi serami pojawiały się kartki z napisem: "do wynajęcia", albo "lokal na sprzedaż". Ludzie, bez możliwości dojechania samochodem do lokalu, nie chcieli z niego korzystać. Proste. Ale nie dla lokalnych działaczy samorządowych.

Samorządowcy najpierw stworzyli problem, a teraz postanawiają go bohatersko rozwiązać. Raz na jakiś czas w Kielcach organizowana jest akcja "ożywić Sieniawkę". Nic to jednak nie daje, bo ulice nadal są zamknięte dla pojazdów, a nawet gdyby je teraz otworzono, to niestety, ale lokalne biznesy już upadły, a mieszkańcy znaleźli sobie nowe miejsce na handel. To oczywiście galeria handlowa, gdzie wjazd samochodem jest możliwy.

Podobny problem wystąpił w Krakowie, lecz tam, było nieco inaczej. W Krakowie urzędnicy wprowadzili kuriozalną organizację ruchu, która sprawia, że wielu mieszkańców grodu Kraka w ogóle woli nie wjeżdżać do centrum. Moi znajomi z Krakowa mówią, że nie jeżdżą w ogóle do centrum miasta ze względu na bezpieczeństwo. Cała organizacja jest tak kuriozalna, że nawet oni, rodowici Krakusi, nie wiedzą jak tam jeździć żeby nie narazić się na mandat. Do tego doszła duża i droga strefa płatnego parkowania, która powoduje, że ludzie jak i biznesy wycofują się z centrum na obrzeża. Kraków jest miastem ciekawym, bo najwięcej biznesów powstaje obecnie zaraz za granicą kończącą restrykcyjną strefę płatnego parkowania. Ciekawe dlaczego? Może dlatego, że ani przedsiębiorca, ani jego klient nie chce być okradany przez miasto? Oczywiście cierpi na tym życie w centrum, które z roku na rok zamiera. Przeciętny mieszkaniec może tego procesu wycofywania się z centrum nie zauważać, bo sytuację w Krakowie sztucznie zaciemniają liczni turyści. Ale ograniczenia w turystyce w czasie pandemii pokazały bezsprzecznie, że problem istnieje. Gdy zabrakło turystów centrum Krakowa zwyczajnie opustoszało.

A jak to wygląda w Nysie? Co prawda w centrum nadal można poruszać się samochodami, ale dwa czynniki wpłynęły na upadek lokalnych firm, które prowadziły biznesy w centrum. Pierwszy to oczywiście wzrost cen w strefie płatnego parkowania i w ogóle rozszerzenie strefy. Włącznie do strefy ulicy Wyspiańskiego spowodowało, że na ul. Ujejskiego, przy sklepie Aldi, pracownicy firm i urzędów zostawiają swoje samochody. A nowy parking przy rzece stoi pusty. Podobnie rzecz się ma z ustanowieniem płatnego parkowania na Centrum przesiadkowym. Efekt działania burmistrza i jego rady jest taki, że wszyscy zaczęli parkować na ul. Drzymały. A jak burmistrzowi przyjdzie do głowy by i tam ustawić parkomaty to mieszkańcy zaczną zostawiać auta dalej od centrum. Z tym, że taka walka o kasę z parkomatów może się skończyć dla burmistrza źle. Biznesy zaczną znikać z centrum, także tego przesiadkowego. Władza zostanie z pustymi budynkami i ulicami zombie. Kasa do parkomatów też przestanie płynąć strumieniem, bo mieszkańcy w końcu uznają, że gra nie jest warta świeczki i lepiej prowadzić interes w miejscu, gdzie nikt nikogo nie robi w konia. Przecież ktoś, kto zakładał biznes w Centrum przesiadkowym może się dziś czuć oszukanym przez burmistrza. Burmistrz zachęcał mieszkańców do zakładania interesu w budynku dworca, a teraz, ci, którzy się skusili, zostali przez burmistrza ukarani. Muszą płacić za możliwość zaparkowania pod własnym interesem. Klienci również muszą płacić. Efekt będzie łatwy do przewidzenia. Centrum przesiadkowe umrze śmiercią naturalną. Za kilka lat nie będzie tam żadnych biznesów.

Drugim czynnikiem, który niszczy lokalne biznesy jest stworzenie w centrum Nysy dwóch galerii handlowych. Galerie działają destrukcyjnie na przestrzeń miejską, ale także na przyzwyczajenia mieszkańców i życie społeczne. Zamiast w lecie iść do lokalu w centrum, zasiąść w ogródku piwnym, mieszkańcy idą do galerii i tam, w zamkniętych pomieszczeniach spędzają czas. W tym czasie ulice umierają. W Nysie już ten trend widać. W środku lata w centrum, w sobotę po południu Nysa jest martwa. A pomysły takie jakie miał swego czasu radny Nakonieczny, aby w niedziele zamykać centrum dla pojazdów spalinowych, na pewno nie poprawią sytuacji. Takie pomysły tylko jeszcze bardziej zabijają miejskie życie. I ta śmierć miejskich ulic widoczna była w wywiadzie, którego burmistrz udzielał na ulicach miasta. W piękny, słoneczny dzień, burmistrz przechadzał się z dziennikarką po centrum. Odpowiadał na pytania, zachwalał własne rządy, a w tle panowała totalna pustka... Żadnych mieszkańców.

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Fabryczna epopeja, czyli jak Kordian przemysł na FSD budował

RIO ostrzega burmistrza Nysy, za dużo długów

Za urzednicze głupoty zawsze płaci podatnik